Mimo, że Jastrzębski Węgiel poniósł porażkę w trzech setach ze Stocznią, wynik nie odzwierciedlał tego, co działo się na boisku. O samej rywalizacji przeciwko szczecinianom i grze w Jastrzębskim Węglu opowiedział nam drugi atakujący – Jakub Bucki.
Marzena Janik: Wynik nie odzwierciedlał tego, co działo się na boisku, więc o niedzielnym meczu można powiedzieć, że był meczem niewykorzystanej szansy. Zgodzi się pan?
Jakub Bucki: Dokładnie. Tak wyglądały wszystkie sety, oprócz pierwszego.Trudno się z tym nie zgodzić. Myślę, że nasi przeciwnicy mieli trochę więcej szczęścia. Zachowali więcej zimnej głowy i rozstrzygnęli te końcówki na swoją korzyść , a wynik był, jaki był.
Czy wśród elementów siatkarskich znalazła się rzecz, która zdecydowała o wyniku?
Na gorąco ciężko było ocenić, co to było. Na pewno poświęcimy trochę czasu na analizę tego spotkania. Moim zdaniem w końcówkach zdecydowało szczęście. A tak z czysto siatkarskiego rzemiosła, ciężko jest wskazać jakiś konkretny element, w którym bylibyśmy zdecydowanie gorsi.
Trudno ukryć, że Bartosz Kurek napsuł krwi ekipie z Jastrzębia, otrzymując przy tym statuetkę MVP.
Oczywiście. Bartosz Kurek kontynuuje swoją dobrą grę z Mistrzostw Świata. Teraz jest najlepszym atakującym na świecie, więc po raz kolejny udowodnił, że jednak jest tym najlepszym atakującym. Mecz przez cały czas toczył się pod jego dyktando.
Warto wspomnieć też o atmosferze, która panowała w hali podczas meczu. Doping kibiców można było poczuć nawet w kwadracie dla rezerwowych, co na pewno było mobilizujące dla wszystkich zawodników.
Jasne. Zwłaszcza, że to był pierwszy mecz w naszej hali. Bardzo się cieszymy, że mamy ich wsparcie, nawet na wyjazdach. Tutaj wiadomo, że wszystko jeszcze bardziej się potęguje i kibice robią wspaniałą atmosferę. Hala była nieprawdopodobnie wypełniona. Wszystkie bilety zostały wyprzedane, więc oby to wszystko zostało tak, jak jest.
Odbiegając na chwilę od meczu, zapytam o aklimatyzację w zespole, bo obecny sezon jest pana pierwszym w drużynie Jastrzębskiego Węgla. Jak więc przebiegał ten proces zadomowienia się?
Klub z Jastrzębia jest świetnie zorganizowany. Jest jednym z najlepszych klubów w Polsce, więc jest to przygoda. Mam też okazję trenować i grać wśród zawodników światowej klasy. Można powiedzieć, że to dla mnie spełnienie marzeń. Próbuję dać od siebie tyle, ile potrafię i staram się dorównać poziomem do zawodników, których mam obok siebie. Daję z siebie wszystko i mam nadzieję, że kiedy będę potrzebny drużynie to po prostu sprostam zadaniom, jakie będą przede mną.
A skąd w ogóle wziął się pomysł na grę w Jastrzębskim Węglu. Czy była to chęć pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej?
Nasza liga po raz kolejny przez cztery lata jest ligą Mistrzów Świata, więc dla mnie po sezonie sezonie spędzonym w Bielsku – Białej jest to naprawdę szansa. Jestem ciekaw, jak to wszystko funkcjonuje na najwyższym poziomie. Tym bardziej, że mam już około trzydziestu lat. Tutaj, w Jastrzębiu mogę tego spróbować.
Gra w Jastrzębskim Węglu to również współpraca z Ferdinando De Giorgim. Jak ona się układa?
„Fefe” jest bardzo wymagającym trenerem i wie, czego chce, Ma pomysł na to, jak mamy grać i cały czas dążymy do tego, żeby poprawiać swoje umiejętności, jako drużyna. Wiadomo, że na to składają się indywidualności i też ten okres przygotowawczy. Dawid Konarski dołączył do zespołu dopiero niedawno, więc dzięki temu ja miałem okazję pograć sobie podczas tych przygotowań. Dla mnie to też jest nowe doświadczenie. Miałem okazję sprawdzić się na przestrzeni całego meczu i myślę, że to mi się przyda.
Na zakończenie: jakie cele stawia sobie Jastrzębski Węgiel w tym sezonie?
Na pewno oczekujemy od siebie jak najwięcej wygranych i dobrej gry, ale takich zespołów jest w tym roku dużo. Ciężko jest mówić o celach. Mecz ze Stocznią pokazał, że czasem decyduje nawet nie kilka, a jedna piłka w końcówce. Na pewno mamy wysokie ambicje, a jak to wszystko się skończy? Zobaczymy.
Rozmawiała Marzena Janik.
Źródło: Informacja własna/ fot. Plus Liga