Tegoroczny World Tour w Malborku przeszedł do historii nie tylko za sprawą świetnych występów polskich plażowiczów, ale także kibiców, którzy po raz kolejny udowodnili, że są najlepsi na świecie. A jak malborski turniej wspomina Marcin Szczechowicz – jeden z organizatorów całego przedsięwzięcia?
Agnieszka Samojedna: Ponad tysiąc kibiców na trybunach, niecodzienna sceneria dla plażówki i koncertowa gra polski par. Lepszego scenariusza na World Tour w Malborku, chyba nie mogliście sobie wymarzyć?
Marcin Szczechowicz: Zastanawiam się czy to lepszym, czy jednak głupim sprzyja szczęście? Momentami przed turniejem miałem wrażenie, że nie dopilnowaliśmy tylu ważnych spraw i że na pewno coś pójdzie nie tak, jak chcemy. A potem sytuacja odwracała się o 180 stopni i faktycznie było pięknie. Tak też się skończyło, Mazurkiem Dąbrowskiego pod koniec śpiewanym a capella przez… no nie liczyliśmy ilu kibiców, ale nie zmieścili się oni na trybunach. To był nasz cel – uszczęśliwić wielu ludzi, którzy przyszli tam, aby zobaczyć kawał beach volleya, ale przede wszystkim wygrywających polskich reprezentantów. Wszystko się spełniło, zdobyliśmy dwa medale.

Podium malorskiego turnieju
Za wami organizatorami miesiące przygotowań, ciężka praca i nieprzespane noce. Jednak wypełnione po brzegi trybuny i wysoki poziom zawodów chyba wynagradzają to wszystko z nawiązką, zgodzisz się?
To uczucie, kiedy weszliśmy z Bartkiem (dyrektorem turnieju) na boisko podczas dekoracji przy pełnych trybunach zapamiętamy na długo. Wcześniej między meczem o 3 miejsce a finałem poproszono nas o kilka słów do kibiców. Jak zamykam oczy, to wciąż widzę te tłumy pasjonatów siatkówki plażowej i to jest coś, co organizatorzy kochają najbardziej. Teraz już wiem, że było to jedno z lepszych przeżyć w moim krótkim życiu.

Marcin Szczechowicz zwracający się do kibiców
Waszym głównym założeniem przy organizacji turnieju w Malborku była popularyzacja siatkówki plażowej – stąd darmowy wstęp na imprezę. To przyniosło efekt w postaci wypełnionych po brzegi trybun. Ale szczerze, spodziewaliście się aż takiego zainteresowania turniejem ze strony kibiców? Czy sympatycy siatkówki pozytywnie was zaskoczyli?
Bartek od zawsze powtarzał mi: „Zobaczysz stary, ludzie przyjdą, nie martw się.” Ja jednak byłem niedowiarkiem. Wiedziałem, że nasze działania marketingowe nie były doskonałe i nie zrobiliśmy tylu rzeczy, ile mieliśmy założone na początku. To też taka informacja dla nas na przyszłość, że wciąż jest mnóstwo kwestii, w których możemy zrobić postęp. Oczy otworzyły mi się szeroko, jak zobaczyłem kilkaset osób w czwartkowe popołudnie dopingujących Kądzia i Ociepa w meczu eliminacyjnym z Serbami. Był czwartek, dzień pracujący, a ludzie i tak przyszli. Wtedy zacząłem wierzyć, że sobota i niedziela przyniosą nam komplet widzów.
A jak atmosferę na malborskiej plaży oceniali w trakcie turnieju zagraniczni zawodnicy i ich trenerzy?
W trakcie eventu zadawaliśmy mnóstwo pytań o feedback, nie tylko graczy i trenerów, ale także delegata technicznego z europejskiej federacji. Nieskromnie mówiąc, naprawdę wszyscy sprawiali wrażenie, że im się podobało. Zadbaliśmy o zaplecze dla wszystkich zaangażowanych w event oraz jego głównych aktorów, czyli zawodników. Wszyscy mieli do dyspozycji strefy chill w namiotach, catering, pełnowartościowe posiłki. To był nasz priorytet i wydaje mi się, że zostaliśmy docenieni. Bardzo też nas cieszy świetna recenzja napisana przez delegata CEV. Dostaliśmy najwyższe noty i słowa pochwały oraz propozycje kolejnych działań w przyszłości.
Chociaż Malbork nie kojarzy się z siatkówką, tym bardziej plażową – to ten turniej udowodnił, że to miasto ma zdecydowanie potencjał i śmiało można by w nim organizować i wyższe rangą światowe turnieje. Zgodzisz się?
Malbork ma tradycje siatkarskie, klub Orzeł czy Jurand kojarzone są głównie z siatkówką młodzieżową, jednak odnosiły liczne sukcesy w tych kategoriach wiekowych. To zdecydowanie pomogło nam zainteresować miasto naszym wydarzeniem. Do teraz kierujemy słowa podziękowania dla wszystkich mieszkańców, którzy się zjawili. To dzięki nim, możemy teraz miło wspominać Puchar Świata w ich rodzinnym mieście. Oczywiście tutaj nie można także zapomnieć o samorządach, które nas wsparły, z Panem Burmistrzem, Starostą i Marszałkiem na czele. Wierzymy, że to dopiero początek współpracy, jednak już teraz dziękujemy za zaufanie. Nie co dzień zdarza się, żeby decyzyjne osoby przekazały na ręce dwóch 24-latków tak dużą imprezę.

Marcin Szczechowicz (z lewej) oraz Bartek Sobstyl – dyrektor turnieju
Turniej przeszedł do historii nie tylko za sprawą kibiców i atmosfery, ale też samych siatkarzy. W półfinale zagrały aż trzy polskie pary, co zaowocowało dwoma medalami dla naszej reprezentacji. Lepszego uwieńczenia imprezy w Polsce nie można było zaplanować?
Nasi reprezentanci zagrali rewelacyjnie, niesieni dopingiem publiczności. O ile medal brązowy Mariusza Prudla w parze z Mikołajem Miszczukiem nie zaskakuje (stawialiśmy ich w gronie faworytów), o tyle złoto Kądzioły i Ociepskiego oraz czwarte miejsce Chiniewicza i Koryckiego już jest bardzo dużą, niesamowicie pozytywną niespodzianką. Tym bardziej, że Kądziu i Koryto związani są bezpośrednio z Proskosem, co mnie osobiście mega uszczęśliwiło, ponieważ znamy się dobrze i pracujemy na co dzień przy różnych plażowych przedsięwzięciach. Zawsze szczerze im kibicuję.

Radość Kądzioły i Ociepskiego po wygraniu WT w Malborku
Na podium stanęli wasi boiskowi koledzy. Kto w takich momentach denerwuje się bardziej – ci co grają na boisku, czy ci kibicujący?
Organizatorzy! My z Bartkiem i całą ekipą nie mogliśmy już patrzeć na piłki meczowe dla Serbów w meczu eliminacyjnym w czwartek. Naprawdę. Jak się zrobiło 14:14 w tie – breaku po dwóch niewykorzystanych piłkach meczowych dla Marcina i Michała to wyszedłem z trybuny i poszedłem do biura zawodów. Jedynie nasłuchiwałem co się dzieje. Proszę wierzyć lub nie – emocje były ogromne z dwóch względów. Pierwszy to ten ważniejszy – to nasi koledzy i życzymy im jak najlepiej, drugi – wiedzieliśmy, że im dłużej polskie pary będą grać, tym większa szansa na końcowy sukces imprezy i zapełnienie trybun. To jest jak woda na młyn dla wydarzenia pokroju Pucharu Świata.
W tym roku Proskos świętuje 3 urodziny. Mógłbyś krótko podsumować te trzy lata waszej działalności?
To już 3 lata, a wciąż tak mało zrobiliśmy… Zacząć od sukcesów czy błędów i porażek? Nie wiem, czego było więcej.
A teraz tak szczerze – zwą mnie prezesem i jestem samokrytyczny. Uważam, że wiele rzeczy mogliśmy zrobić dużo lepiej. Dopracować szczegóły, bardziej docenić naszą społeczność, czy osoby na co dzień z nami współpracujące. Podziałać sprawniej marketingowo, zrobić kilka fajnych akcji, czy dopiąć projekty, które wciąż gdzieś tam „wiszą” i czekają w kolejce na dokończenie, jak chociażby wpisy na plażowy blog czy seria filmów instruktażowych na YouTube.
Jestem niesamowicie dumny z naszej ekipy, która teraz liczy sobie kilkanaście osób. To są ludzie na dobre i złe. Pełni motywacji do działania, pasji i miłości do beach volleya. Jak ktoś mnie zapyta o nasz największy sukces w ciągu tych trzech lat, to odpowiem bez wątpienia: ludzie. To oni napędzają naszą plażową machinę. I oczywiście cała nasza społeczność, czy to na obozach, treningach, Facebooku, Instagramie. Proskos tworzą oni, my tylko wskazujemy kierunki. Bez nich nie ma nas. Zawsze to powtarzam i powtarzać będę.

Ekipa Proskos
Pierwszy duży światowy turniej za wami. A jakie plany macie na kolejne lata działalności?
Planów mamy aż zbyt wiele. Albo raczej pomysłów. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Rodzice zawsze powtarzali mi, żeby nie skupiać się na zbyt wielu rzeczach. Ale co zrobić, skoro do zrobienia w polskim beach volleyu jest tak dużo? Możliwości są ogromne. Polska ma potencjał, wbrew temu, co sądzą niektórzy krytycy.
Czy będą kolejne World Toury w naszym wykonaniu tego nie wiem. Zależy to od wielu decyzji. Mam tylko nadzieję, że wszyscy razem, jako środowisko, zaczniemy działać w końcu wspólnie i robić wielkie rzeczy. Ci co chcą je robić, widzą możliwości, ci którzy nie chcą, widzą problemy. My z naszą ekipą zawsze będziemy po tej pierwszej stronie.
Rozmawiała Agnieszka Samojedna.
Źródło: Informacja własna /fot. archiwum prywatne