Jan Firlej: Marzę o grze w seniorskiej reprezentacji Polski

Rozgrywający GKS-u Katowice Jan Firlej specjalnie dla serwisu „Echo Siatkówki” opowiada o przebiegu swojej kariery. Siatkarz mówi m.in. o swoich początkach w sporcie, czasie spędzonym w Warszawie i Belgii oraz tegorocznym sezonie GKS-u. Sportowiec podzielił się z nami także swoim marzeniem.

Rafał Kather: Dlaczego siatkówka, czy od początku był pan pewien, że tym chce się zajmować?

Jan Firlej: Od małego coś mnie ciągnęło do sportu. W rodzinie do tej pory nikt nie uprawiał sportu zawodowo, ale rodzice od zawsze byli aktywni. Studiowali razem na Akademii Wychowania Fizycznego, tam się poznali, więc sport ich w pewnym sensie połączył. To właśnie rodzice mnie nim zainteresowali.

Na początku, jak większość młodych chłopaków, próbowałem też innych dyscyplin. W klasach 1-3 szkoły podstawowej grałem w tenisa ziemnego, następne dwa lata poświęciłem piłce nożnej. Siatkówka pojawiła się w szóstej klasie. Mój nauczyciel wychowania fizycznego zapisał mnie na nabór do grup młodzieżowych Czarnych Radom, przeszedłem go. Piłka siatkowa towarzyszyła mi także wcześniej, były to formy zabawy z tatą np. odbijanie piłki przez trzepak. Przez pewien czas łączyłem uprawianie siatkówki i piłki nożnej, jednak kosztowało mnie to dużo czasu, więc musiałem dokonać wyboru. Postawiłem na siatkówkę, od tamtej pory jest ona ze mną cały czas.

Wybór pozycji na boisku był prosty?

Tak. Od początku byłem stawiany pod siatką. Najpierw po to, żeby powystawiać, aby z czasem nauczyć się rozgrywać. Po wspomnianym naborze były mini gry, po trzech zawodników na jednej stronie boiska, już wtedy moim zadaniem było wystawianie piłek. Od początku rozegranie mi pasowało, trenerzy grup młodzieżowych również byli skłonni mnie na tej pozycji ustawiać. Sytuacja potoczyła się tak, że do tej pory gram na popularnej „sypie”.

Czy miał pan autorytety gdy zaczynał karierę siatkarską, a może obecnie również są zawodnicy od których pan czerpie?

Jasne. Swoje autorytety miałem i mam do tej pory. Z polskich boisk był to Paweł Zagumny, później trafiliśmy do jednego zespołu. Było to dla mnie spełnienie pewnego marzenia. Na początku odbijania wzorcami byli też Luciano De Cecco i Nicolas Uriarte. Obecnie jest to Benjamin Toniutti, który jest z innej galaktyki jeśli chodzi o poziom rozegrania. Obserwując jego grę można się doszkalać i czerpać umiejętności garściami.

Jak pan zapamiętał sezony spędzone w Warszawie?

Było mega! Każdy sezon czegoś mnie nauczył. Pierwszy rok to było zaznajomienie się z poziomem i próba dostosowania się do niego. Na początku same podpatrywanie meczów i treningów w wykonaniu Pawła Zagumnego wiele mi dawało. Chłonąłem od niego jak gąbka (śmiech).

Drugi sezon dał mi pierwsze możliwości grania. Paweł Zagumny złapał kontuzję, która wykluczyła go z gry na okres trzech miesięcy. Z tego powodu dla zespołu był to trudny czas, dla mnie osobiście jednak bardzo owocny pod względem sportowym. Do momentu powrotu naszego pierwszego rozgrywającego, grałem we wszystkich meczach. Moje występy były na różnym poziomie, ale dały mi możliwość zbierania siatkarskich szlifów i cennego doświadczenia.

Trzeci sezon spędziłem pod skrzydłami szkoleniowca Antigi (wcześniej Jana Firleja trenował Jakub Bednaruk – przyp. red.). Akurat wtedy grałem najmniej, nie uważam jednak, że był to stracony czas. W tym okresie nauczyłem się dużo pod względem teoretyczno – taktycznym.

Jak pan wspomina współpracę z Pawłem Zagumnym i trenerem Bednarukiem?

Z Pawłem Zagumnym starałem się jak najwięcej rozmawiać, z resztą do tej pory utrzymujemy kontakt. Jakub Bednaruk starał się wprowadzić mnie w jak najlepszy rozwój. Współpraca z nimi układała mi się bardzo dobrze.

Czy poczuł pan rozczarowanie, gdy w ostatnim sezonie zakontraktowano Antoine Brizarda? Postawiono na niego mimo, że był pan już w klubie od dwóch lat. 

Nie byłem rozczarowany, wiedziałem na co się piszę. Osobiście nie czułem wtedy jeszcze tak dużej potrzeby grania jak w następnych latach. Miałem przeświadczenie, że przy takim trenerze jak Antiga mogę się jeszcze czegoś nowego nauczyć. Dopiero po trzecim sezonie wspólnie z menadżerem stwierdziliśmy, że zdobyte umiejętności pora przekłuć na boisko.

Jak ocenia pan sezon spędzony w Belgii, co panu sportowo dał ten wyjazd?

W zespole Lindemans Aalst mogłem przede wszystkim pokazać na parkiecie to, czego nauczyłem się m.in. w Warszawie. Wiem, że belgijska liga nie stoi na tak wysokim poziomie jak PlusLiga. Jest to jednak dobre miejsce do rozwoju, rozegrałem tam pełny sezon jak podstawowy rozgrywający. Graliśmy w różnych rozgrywkach. Występowaliśmy w lidze, pucharze krajowym, a także europejskich pucharach. Graliśmy w eliminacjach do Ligi Mistrzów, niestety odpadliśmy w pierwszej rundzie po przegranej z mistrzem Hiszpanii (CV Teruel). Spotkaliśmy się z tym zespołem później jeszcze w Pucharze CEV, wówczas zwycięstwo należało już do nas. Na pewno w Belgii zebrałem super doświadczenia, dodały mi one dużo boiskowej pewności. Myślę, że tym sezonem za granicą pokazałem, że trzy lata w stolicy Polski nie poszły na marne. Zauważyłem w swojej grze skok jakościowy. W momencie gdy odchodziłem z Lindemans Aalst na pewno byłem lepszym zawodnikiem niż chociażby w momencie dołączenia do drużyny AZS Politechnika Warszawska. Z perspektywy czasu nie żałuję tego wyjazdu.

Czy Belgowie interesują się siatkówką, jaka panuje atmosfera wokół tej dyscypliny w Belgii

Mogę podzielić się obserwacjami jedynie z perspektywy spędzonego tam roku. Belgowie kibicują trochę inaczej. Myślę, że u nich wynik jest drugorzędną sprawą, oni cieszą się wydarzeniem. Odniosłem wrażenie, że po przegranych meczach nie ma tam smutku, w Belgii na trybunach panuje radość. Belgowie mają ciekawy zwyczaj. Każda hala w lidze ma restaurację. Standardem jest to, że oba zespoły po meczu się do niej udają. Przyjezdni zwykle spożywają w niej jakiś posiłek. Gospodarze natomiast spotykają się z kibicami. Jest to dosyć nietypowa sytuacja, ale całkiem miła. Zawodnicy rozmawiają z fanami, w przypadku przegranej otrzymują od nich wsparcie. Podczas tych wydarzeń widać pozytywne nastawienie kibiców do siatkarzy.  Jeśli chodzi o frekwencję na trybunach, na czołowe zespoły przychodziło dużo osób. Na meczach pozostałych drużyn było mniej sympatyków siatkówki. Wielkim wydarzeniem siatkarskim jest na pewno finał Pucharu Belgii, w którym miałem przyjemność zagrać, niestety nie udało mi się go wygrać. Ostatni mecz turnieju odbywa się na największej hali w kraju. Na spotkaniu finałowym, w którym występowałem było około 12 000 widzów. W przerwach między setami są występy. Podczas prezentacji składów światła są przygaszane, a zawodnicy wybiegają w blasku reflektorów. Jest niesamowita otoczka wokół tego eventu, zdecydowanie jest to ważna uroczystość sportowa dla Belgów.

Sezon w Belgii był przełomem w pana karierze?

Ja na razie mówię o swojej przygodzie z siatkówką, bo na karierę jeszcze chyba za „mały” jestem (śmiech). Tak, na pewno był to przełom. Wzrosło zainteresowanie moją osobą, po sezonie dostałem dużo ofert na kolejny.

Z GKS-em zajął pan 9. miejsce w tegorocznej PlusLidze, jak pan postrzega ten wynik? Jest to zadowalająca pozycja, czy może jest ten niedosyt nie dostania się do fazy play – off?

Na pewno jest niedosyt, bo ta grupa w zeszłym roku (sezonie) pokazała wysoką jakość. Myślę, że wtedy wielu z niedowierzaniem patrzyło jak GKS Katowice potrafi grać i walczyć. W momencie przerwania rozgrywek byliśmy na 6. pozycji. Teraz nasz skład był w dużej mierze taki sam. Porównując chociażby te dwa sezony niedosyt na pewno jest. My zawodnicy, wraz ze sztabem celowaliśmy w zakwalifikowanie się do fazy play – off. Klub oczekiwał od nas utrzymania w lidze, szybko udało nam się je zapewnić. Ósemka była długo realna, możemy mieć tylko do siebie pretensje. To, że w ostatnich kolejkach musieliśmy liczyć na inne zespoły nie miało żadnego znaczenia, bo sami dużo wcześniej ten play – off mogliśmy sobie wywalczyć. Trochę szkoda, uważam, że niedosyt to jest dobrze pasujące do sytuacji określenie. Chociaż przed sezonem… (chwila zastanowienia), jakby tak spojrzeć obiektywnie, tę 9. pozycję można byłoby w ciemno wziąć.

Wydaje mi się, że zabrakło Wam punktów z klubami z górnej części tabeli. Czy zgodzi się pan ze mną?

Jasne. Wiedzieliśmy też jaki terminarz na nas czeka w styczniu, graliśmy praktycznie z samymi faworytami rozgrywek. Ciężko było się odbudować po przegranym meczu, bo kolejny rywal był równie dobry. Na pewno w meczach z topowymi drużynami tych punktów trochę zabrakło. Jestem też zdania, że były spotkania z zespołami w naszym zasięgu, gdzie uzyskaliśmy za mało „oczek”, czy też w ogóle ich nie zdobyliśmy. Do zakwalifikowania się do fazy play – off zabrakło naprawdę niewiele, nie ma sensu jednak teraz nad tym gdybać. Nasze zdobycze punktowe okazały się nie wystarczające, aby zakończyć fazę zasadniczą w pierwszej ósemce tabeli, dlatego nie zagraliśmy o coś więcej.

Jak pandemia wpłynęła na życie siatkarza? Co się zmieniło?

Brak kibiców na halach – tę zmianę odczułem najbardziej. Atmosfera w trakcie meczów ligowych była podoba do tej podczas sparingów, bez fanów poziom adrenaliny nie jest taki sam. Z czasem udało mi się do tego przyzwyczaić.

Niektórzy siatkarze mówią, że gdy sympatycy siatkówki wrócą na trybuny, będzie trzeba do nich na nowo przywyknąć (śmiech).

Tak może być. Zobaczymy jak to będzie. W obie strony idzie się odzwyczaić (śmiech).

Czeka pana teraz długa przerwa od gry, kolejny sezon klubowy rozpocznie się za około pół roku. Jak zamierza pan wykorzystać ten czas, aby utrzymać dobrą formę fizyczną?

Co roku aktywnie spędzam tę przerwę. Jeżdżę na rowerze, gram w siatkówkę plażową, wyjeżdżam w góry. W wakacje nie zapominam o tenisie, zdobyte za dzieciaka umiejętności gdzieś tam zostały. Jest to też dobry czas na zadbanie o zdrowie. Przez te kilka miesięcy można wyleczyć swoje urazy.

Jakie są pana sportowe marzenia?

Chciałbym kiedyś wystąpić w seniorskiej reprezentacji Polski, w młodzieżowych grupach dostąpiłem już tego zaszczytu. To wiąże się z odpowiednim poziomem sportowym, muszę zrobić odpowiedni postęp, by to marzenia zrealizować.

Jak ocenia pan swoje szanse na spełnienie tego marzenia? W naszym zespole narodowym jest duża konkurencja na każdej pozycji, choć na rozegraniu chyba najmniejsza.

To prawda. Na każdej pozycji mamy bogactwo, ale na rozegraniu chyba jest go najmniej. Rywalizacja na pozycji jest wyrównana, chłopacy, którzy znaleźli się w reprezentacji na pewno na to zasługują. Moim zadaniem jest pokazanie się z jak najlepszej strony, lepszej niż do tej pory, żeby na któreś z dostępnych miejsc się dostać.

Rozmawiał Rafał Kather

Źródło: Informacja własna, fot. plusliga.pl