Marcin Nowakowski: Osiemset złotych wydane na program do scoutowania i analizowania siatkówki, to najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu

Nasza praca jest niewidoczna, liczy się efekt końcowy, ale też nie czujemy potrzeby, aby była widoczna. Dla nas ważne jest to, że wykonaliśmy swoją pracę dobrze i że zespół wygrywa. – mówi o pracy analityka sportowego Marcin Nowakowski, który na co dzień pracuje jako scout siatkarski w Grupie Azoty ZAKSA Kędzierzyn – Koźle.

Rafał Kather: Czym się zajmuje statystyk siatkarski, jakie zadania należą do pana obowiązków?

Marcin Nowakowski: W każdym klubie te zadania są nieco inne. Ja zapisuję mecze na żywo w programie Data Volley, choć rozważamy też pracę w prężnie rozwijającym się polskim programie VolleyStation. W trakcie spotkania oczywiście współpracuję ze sztabem trenerskim. Pracuję także między meczami i treningami. Niektórzy statystycy „piszą” również treningi, wszystko zależy od tego, czego oczekuje trener. Scoutuję w Data Volley mecze naszych rywali i poprawiam spotkania, które dostaję od innych statystyków, tak by dostosować je do naszego systemu pracy. Generalnie rzecz biorąc mamy zawsze ręce pełne roboty. W Kędzierzynie – Koźlu mamy zadania podzielone, jest nas dwóch (statystyków – przyp. red.), my z Pawłem Niebylskim mamy zescoutowaną całą ligę naszym system zapisu. Ten zapis może się trochę różnić w porównaniu z przyjętymi zasadami kodowania innych scoutów. Ponadto pracując z Nikolą Grbiciem często byłem odpowiedzialny za analizę gry rozgrywających, wynikało to z podziału zadań u nas w sztabie. Do zadań analityków należy również przygotowanie wraz z trenerami tzw. game planu, czyli planu gry. Gdy nie zlecano mi zapisywania treningu w formie cyfrowej, pomagałem w jego organizacji. Zbierałem piłki, przekładałem punkty, czasem gdy nie miał kto tego robić zagrywałem i plasowałem, lub po prostu pisałem kolejne mecze. Jest co robić, pracy jest dużo.

Wspomniał pan, że w ZAKSIE jest dwóch statystyków, a to raczej nie jest standardem. Z czego to wynika?

Wynika to z tego, że ZAKSA jest jednym z najlepiej zorganizowanych klubów w Polsce i prawdopodobnie w Europie. U nas w kraju dwóch statystyków jest jedynie w kliku zespołach.  Pracuję razem z Pawłem Niebylskim. Posiadanie dwóch statystyków w jednym zespole nie jest powszechnie praktykowane. Uważam jednak, że to dobre rozwiązanie. W tym sezonie przerobiliśmy około 350 spotkań, z czego na każde trzeba poświecić około godzinę, dwie – wynika to też z tego, że mamy dość rozbudowany system zapisu i analiz, który wymaga zawsze wielu poprawek. To też wyjaśnia dlaczego jest nas dwóch. Wykonując pracę wspólnie, dzieląc się obowiązkami możemy pracować jak ludzie. Jedna osoba również poradziłaby sobie w klubie, ale byłaby mocno obciążona i pracowałaby w warunkach ekstremalnych.

Wykonywany zawód sprawia panu przyjemność?

Oczywiście, że tak. Gdyby było inaczej myślę, że już bym szukał innego. Chłopaki czasem się śmieją, że moja praca jest niewdzięczna, ale to chyba nie jest dobre określenie. Jest to wymagający zawód, chociażby we względu na długie godziny spędzone przy ekranie, czasem już człowieka „ciągnie” do innych rzeczy (śmiech). Ja sam mam świadomość, że kiedyś chciałbym być trenerem. Bycie statystykiem jest często początkiem ścieżki. Z czasem można zostać trenerem asystentem, a po latach nawet pierwszym szkoleniowcem. To jest moje marzenie, do którego dążę. Nie było lepszej drogi ku temu, jak w wieku 25 lat znaleźć się w drużynie mistrza Polski i móc pracować i uczyć się od najlepszych. Pracując dalej jako asystent trenera w 1. Lidze nie miałbym możliwości przeżyć i nauczyć się tego wszystkiego, co jest mi dane tutaj, pracując z ludźmi z absolutnego światowego topu. Praca analityka dała mi ogromne możliwości rozwoju.

Jakie wyrzeczenia wiążą się z wykonywanym przez pana zawodem?

Pracujemy długo, czas pracy jest raczej nielimitowany. Niekiedy trenerzy mają już chwilę wolnego, a my dalej nad czymś pracujemy. Myślę, że najbardziej zapracowani są fizjoterapeuci, zwłaszcza na wyjazdach, a my statystycy jesteśmy zaraz za nimi. Robimy trochę „brudną robotę”, ale taka też jest nasza rola. Wyrzeczenia wybranej przeze mnie profesji dotykają życia prywatnego. W sezonie z narzeczoną, która gra w pierwszej lidze w Poznaniu, spotykam się raz na 2 – 3 tygodnie. W domu w Krakowie jestem 2 – 3 razy w roku, ze względu na natłok pracy nie mogę się częściej spotykać z bliskimi. Takie są realia. Jak pan widzi moja praca wymaga poświęceń, ale uważam, że jest ich warta.

Co skłoniło pana, by zostać analitykiem siatkarskim?

Nie chcę mówić, że grałem w siatkówkę, bo to robią Ci z którymi obecnie pracuję, ale w momencie gdy jeszcze odbijałem piłkę w rozgrywkach młodzieżowych, zawsze miałem skłonności do nadmiernego analizowania gry. Już wtedy bardziej skupiałem się na liczbach i analizach naszej siatkówki niż technice wykonywania poszczególnych zagrań (śmiech).

Miałem szczęście, że już w tamtym czasie znałem się z Przemkiem Płaczkiem, który był wówczas drugim trenerem i statystykiem w AZS – ie AGH Kraków u Wojciecha Kaszy, a później także u Andrzeja Kubackiego. Napisałem do Przemka o jakieś proste arkusze do analiz i tak naprawdę dla zabawy wypełniałem tabelki w Excelu opisujące poszczególne mecze. Musiał chyba coś we mnie zobaczyć, bo powiedział mi żebym zaczął się uczyć obsługi programu Data Volley. Chciał on, abym zajął jego miejsce w krakowskim w klubie, w momencie gdy on sam z niego odejdzie. Miałem i dalej mam w życiu ogromne szczęście do ludzi. Trafiałem na dobre osoby, które potrafiły mną pokierować, co w połączeniu z ciężką pracą dało mi możliwość bycia w tym miejscu, w którym aktualnie jestem. To jest niesamowite, bo gdy spojrzę 5 – 6 lat wstecz, byłem w Krakowie i nawet nie marzyłem o wygraniu Ligi Mistrzów.

Jak zostać statystykiem i jakie powinno się mieć predyspozycje, by nim zostać?

Na pewno trzeba być bardzo cierpliwym, swobodnie posługiwać się komputerem i mieć analityczny umysł. Jeśli chcesz być analitykiem musisz cały czas chcieć dociekać i poświęcać na to dociekanie długie godziny. Oczywiście trzeba też znać i rozumieć siatkówkę. Prawdą jest, że gdy już zostaniesz statystykiem, będziesz patrzył na ten sport zupełnie inaczej. Jak nim zostać? Są osoby oferujące kursy np. Kamil Sołoducha i Adam Malik. Natomiast szkolenia to jedno, dobrze jest kupić sobie program i „zaczepić się” przy jakimś scoucie i czerpać od niego jak najwięcej. Teoria w tym wszystkim odgrywa duże znaczenie, ale ważniejsza jest praktyka. Nauka od innych i samodzielna ciężka praca to klucze do sukcesu.

Ile kosztują programy do analiz siatkarskich?

Koszt programu Data Volley to 800 euro za sezon. Program VolleyStation jest na pewno tańszy, nie wiem ile kosztuje, ale można to pewnie sprawdzić w sieci. Ja miałem to szczęście, że kiedyś kupiłem prostszą wersję Data Volley za 800 złotych. To były najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu.

Ile czasu zajęła panu nauka analizy meczów?

Kluczowym słowem w tym pytaniu jest wyraz „analizy”. Czym innym jest nauka pisania, scoutowania meczów a czym innym ich analiza. Kodować spotkania na poziomie 1. Ligi czy PlusLigi można nauczyć się w kilka miesięcy. Natomiast dobrze analizować mecze można nie umieć nawet po kilku latach pracy jako statystyk. Dużo zależy od tego z jakimi trenerami się pracowało i czego oni człowieka nauczyli. Pracowałem z wieloma ludźmi, od każdej osoby mogłem „wziąć” jakieś nowe umiejętności. Ta praca to permanentna nauka, bo zawsze możesz nauczyć się czegoś nowego. Analiza meczów jest w gruncie rzeczy studnią bez dna.

Czyli nawet mimo lat spędzonych za bandami przy laptopie w trakcie meczów siatkarskich, wciąż ma pan pole do rozwoju w statystyce?

Tak, teraz na przykład czeka mnie nauka programu VolleyStation, aby móc łączyć pracę we wspomnianym programie oraz programie Data Volley. Praca statystyka zmieniła moje spojrzenie na siatkówkę oraz daje mi możliwość przygotowania się do pracy trenera. Wolny czas poświęcam na zdobywanie wiedzy np. poprzez czytanie książek, oglądanie webinarów oraz treningów. W momencie gdy człowiek przestaje się dokształcać, zaczyna się cofać, ponieważ inni dalej się rozwijają.

Ile potrzebuje pan czasu, aby rozpracować grę przeciwnika?

Za rozkład gry rywala na poszczególne elementy nie jestem odpowiedzialny sam. Zajmują się tym: pierwszy szkoleniowiec, trenerzy asystenci oraz statystycy. Każda z wymienionych osób ma swoje zadanie/a, na końcu składamy wszystko w całość. Swoją część pracy wykonuję zwykle w dzień, gdy czasu jest mniej, w kilka godzin. Dodam, że przygotowując się do kolejnego meczu bazujemy średnio na ostatnich dziesięciu spotkaniach. Kilka meczów nie wystarczy, często bierzemy ich więcej, ale wówczas musimy się przebić przez spory szum informacyjny.

Mógłby pan wymienić elementy takiej analizy?

Chcąc dobrze prześledzić grę rywala trzeba zbadać wiele elementów siatkarskich i zachowania zawodników. Bardzo ważne są kierunki ataków poszczególnych siatkarzy, znając je możemy zorganizować naszą grę w systemie blok – obrona. Obserwujemy zachowania rozgrywającego w różnych sytuacjach. Szukamy słabych punktów w przyjęciu u przeciwnika. Naszą uwagę skupiają również kierunki zagrywki oraz gra w bloku drużyny przeciwnej.

Na pewno zdarza się, że przygotowana na podstawie analizy taktyka nie sprawdza się w trakcie meczu, bo przeciwnicy zagrają kompletnie inaczej. Jak często mają miejsce takie sytuacje?

Może strzelę sobie w kolano, ale takie sytuacje są czasem na porządku dziennym, szczególnie gdy mówimy o ZAKSIE. Dlaczego? Nasz zespół często wygrywa mecze wysoko, rywal gdy przegrywa, wyraźnie nie ma nic do stracenia. Zaczyna jeszcze bardziej ryzykować, a do tego często udaje nam się „zdjąć z boiska” zawodników szóstkowych – wejście rezerwowych zmienia zawsze dystrybucję rozgrywającego. Z kolei topowe zespoły same analizują swoją grę i często na spotkanie z nami starają się, przynajmniej na początku, coś zmienić. Oczywiście w momentach stresowych zawodnicy uciekają się do swoich schematów, ale nieraz na początku spotkania rozgrywający robią coś kompletnie odwrotnego niż to, co wynika z analizy ich dotychczasowej gry. Zawsze mamy przygotowany plan gry, wiemy jednak, że w trakcie meczu może on ulec zmianie. Ogromną pracę wykonują tutaj asystenci trenera będący na ławce w trakcie spotkania oraz zespół, który potrafi na bieżąco dostosować się do zaistniałej sytuacji.

Czy statystycy w PlusLidze mają wspólnie przyjęte kryteria ocen poszczególnych elementów gry?

Ogólne kryteria są zbliżone, największe różnice występują w postrzeganiu przyjęcia i wynoszą one zwykle koło 5%. Ja jestem chyba jednym z najostrzej oceniających ten element statystyków. Trzymam się schematu, jakiego mnie nauczono, połączonego ze wskazówkami od Nikoli. Wiem, że czasem zawodnicy ZAKSY wypadają w przyjęciu odrobinę gorzej w moich statystykach niż w tych, które pochodzą z innych zespołów. Jednakże ogólnie rzecz biorąc uważam, że poziom ustandaryzowania w PlusLidze jest wysoki. Wiem, jak to wygląda w ligach zagranicznych i mogę powiedzieć, że u nas jest naprawdę dobrze.

Słyszałem o dwóch sposobach interpretacji asa serwisowego. Mówi się, że asem nazywamy każdą zagrywkę, która dała punkt zawodnikowi posyłającemu piłkę zza 9 metra. Jest też wersja mówiąca o tym, że asem możemy nazwać jedynie serwis punktowy, który nie został dotknięty przez żadnego zawodnika z linii przyjęcia.

Pierwsza wersja jest poprawna. Dodam, że zagrywka punktowa jest zawsze połączona z błędem przyjęcia.

Po czym poznać dobrego statystyka?

Myślę, że czy ktoś jest dobry mogą ocenić tylko inni statystycy i trenerzy oraz zawodnicy. Mówi się, że dobrego analityka poznasz po ilości bloków drużyny, ale z tym nie mogę się zgodzić. Praca scouta jest często niewidoczna dla osób z zewnątrz np. kibiców i dziennikarzy, ale osoby ze środowiska wiedzą, kto na jakim poziomie wykonuje swoje zadania.

Wśród zawodników, z którymi miał pan możliwość współpracować są, że tak powiem „fani liczb”?

To jaką wagę zawodnicy przywiązują do liczb, wiąże się często z podejściem trenera do statystyk, różnie to wygląda w zespołach. W Kędzierzynie – Koźlu mam tę przyjemność pracować z siatkarzami, którzy zdają sobie sprawę, że statystyki nie zawsze oddają całą rzeczywistość. Najlepszym przykładem jest Paweł Zatorski, który oczywiście uwielbia mi docinać o ocenę poszczególnych przyjęć, ale sam mówi, że z wiekiem nauczył się, że liczby nie są istotne. Bywa, że Zati ma najniższy procent pozytywnego przyjęcia, ale on bierze wszystkie strefy konfliktu, a o tym raport meczowy nie mówi! Raporty meczowe dają informacje konkretne, ale czasem powierzchowne, a niestety często media i kibice biorą je za wyznacznik życia i śmierci. Zdarzyła mi się raz sytuacja, że siatkarz drużyny przeciwnej napisał do mnie po meczu wiadomość, informującą mnie, że jego scout inaczej ocenił jego przyjęcia – chciał, bym jeszcze raz je obejrzał i poprawił statystyki na stronie ligi. Przyznam, że wywołało to uśmiech na mojej twarzy. Są zawodnicy śledzący swoje statystyki i oglądający wideo swoich akcji, ale są też tacy, których to niezbyt interesuje, a nie przeszkadza im to w dobrym prezentowaniu się na boisku.

Zmieńmy temat i porozmawiajmy trochę o ZAKSIE. Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn – Koźle od lat osiąga sukcesy w polskiej lidze i krajowych pucharach, kolejne trofea nie są więc zaskoczeniem. Ten sezon był przełomowy jeśli chodzi o europejskie rozgrywki. Jaka jest pana zdaniem przyczyna sukcesu w tegorocznej Lidze Mistrzów?

Na osiągnięcie sukcesu złożyło się naprawdę wiele czynników. Przede wszystkim była to świetna praca prezesa Świderskiego, który potrafił przez lata budować ten zespół. To nie jest tak, że ten sukces to tylko efekt tego sezonu, jednego roku. Pamiętajmy, że ZAKSĘ zbudował Ferdinando De Giorgi, jego dobrą pracę kontynuował Andrea Gardini. Trener Nikola Grbić dołożył sporo od siebie i sprawił, że drużyna zagrała na takim poziomie. Prawdę mówiąc często jest tak, że aby coś dużego wygrać, trzeba coś wcześniej przegrać. Zawodnicy tego zespołu już swoje w karierze doświadczyli. Zmieniliśmy się też personalnie. Doszedł Jakub Kochanowski, Łukasz Kaczmarek wrócił w niesamowitym stylu a Kamil Semeniuk wszedł na mega wysoki poziom. Oś zespołu pozostawała jednak niezmienna przez lata i to było bardzo istotne. Jeszcze istotniejsza była fantastyczna atmosfera – naprawdę byliśmy Drużyną przez duże D, zawsze razem, niezależnie od tego co wokół. Radość sprawiało nam przebywanie ze sobą. Do tego dość wcześnie wiedzieliśmy, że jest to nasz ostatni sezon taką ekipą – w mojej opinii mogło to dać chłopakom szczególną motywację do osiągnięcia czegoś wielkiego.  Mieliśmy też wypracowany swój styl grania, który przez lata nie zmieniał się zbytnio. Graliśmy świetnie w relacji blok – obrona, byliśmy cierpliwi i dobrze rozwiązywaliśmy sytuacje trudne, nie zawsze siłowo. Po meczu rewanżowym z Cucine Lube Civitanova jedna z osób z ich sztabu powiedziała nam: „Zasłużyliście na awans, bo gracie siatkówkę inną niż wszyscy”. Nie należy nic ujmować Nikoli, bo to on sprawił, że ten zespół wspiął się na szczyt europejskiej siatkówki, ale za naszym osiągnięciem stoi proces, który trwał latami.

W którym momencie uwierzył pan, że Liga Mistrzów jest do wygrania?

Po wyeliminowaniu Cucine Lube, jak chyba większość z nas. To był przełomowy moment i nie mówię tu o pierwszym meczu, bo wiedzieliśmy, że to jedno spotkanie tak naprawdę jeszcze nic nam nie dawało. Wiedzieliśmy, że złapaliśmy ich na wykroku. Włosi mieli swoje problemy z trenerem, nie byli też w rytmie meczowym. Nam udało się ich zaskoczyć naszą dobrą grą, wywieraliśmy na nich dużą presję. Mieliśmy świadomość, że Lube to klasowy zespół, który przyjedzie do nas w rewanżu zagrać inną siatkówkę. I faktycznie zagrali na ekstremalnie wysokim poziomie, takim jaki prezentowali w półfinałach i finałach mistrzostw Włoch, a scudetto wygrali przecież bez większych problemów. Zabrakło nam niewiele w samym meczu, złoty set był już jednak nasz. Po tym sukcesie wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie pokonać każdy zespół.

Sposób, w jaki pokonywaliście kolejne etapy dostarczał widzom sporo emocji, ale też i nerwów.

W meczu z Zenitem sam nie wiem, ile mieliśmy piłek meczowych do wykorzystania. To tylko pokazuje mentalną siłę tego zespołu. Myślę, że każda inna drużyna po niewykorzystaniu tylu okazji, by się w którymś momencie załamała. Mecze rewanżowe w Kędzierzynie Koźlu, zarówno z włoskim klubem jak i rosyjskim były niesamowite pod względem naszej siły charakteru. Nigdy nie było mowy o żadnym pęknięciu, cały czas skupialiśmy się na każdej kolejnej akcji.

W Lidze Mistrzów szło wam świetnie. Fazę zasadniczą PlusLigi zdominowaliście, do finału ligi może z pewnymi problemami, ale udało wam się dojść. Wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą… Czego zabrakło ZAKSIE w meczach o tytuł mistrza Polski?

Tlenu. Oczywiście odpowiedź jest bardziej złożona. Duża częstotliwość rozgrywania meczów połączona z podróżami na pewno się na nas odbiła. Dopiero przed pierwszym meczem półfinałowym z PGE Skrą mieliśmy cały tydzień na przygotowanie się. To spotkanie wygraliśmy w przekonywującym stylu. Później pojawiła się pechowa kontuzja Pawła Zatorskiego, która mocno pokrzyżowała nam szyki. Uważam, że finał przegraliśmy drugim meczem z Bełchatowem, ponieważ musieliśmy rozegrać trzecie, decydujące spotkanie. W czasie, gdy my wciąż rywalizowaliśmy ze Skrą Jastrzębski Węgiel już przygotowywał się do meczów o złoto. Nie chodzi mi o samą fizykę naszego zespołu, ale także o inne aspekty np. psychikę. Pojedynki z zespołem trenera Gogola były siatkarską wojną, kosztowały one nas naprawdę wiele. Skrótowo można powiedzieć, że zabrakło nam oddechu dla ciała i głowy. Trzeba jednak przyznać, że w finałach Jastrzębski był lepszy i zasłużył na wygraną.

Po niepowodzeniu w finale mistrzostw Polski mieliście 2 tygodnie do meczu w Weronie z Itasem Trentino. Jaki panował nastrój w drużynie? Pojawiło się zwątpienie czy może bardziej sportowa złość i chęć udowodnienia, że ostatnie porażki to wypadek przy pracy?

Moment zwątpienia miał chyba każdy. Dlatego zespół dostał 3 dni wolnego na reset fizyczny i mentalny. Gdy drużyna wróciła do treningów, było widać po zawodnikach, że są skupieni na meczu w Weronie, było widać ogromną chęć osiągnięcia celu, jakim było zwycięstwo. Porażka z Jastrzębskim mogła nam się w jakimś sensie przydać, chociażby jako ten przysłowiowy zimny prysznic. Myślę, że szybko wróciliśmy do siebie i na ostatnich treningach przez wyjazdem do Włoch było widać dużą jakość sportową naszych siatkarzy. Gracze doskonale wiedzieli, że to, co najważniejsze, jest jeszcze do zdobycia, mieli świadomość, że to może być jeden z ważniejszych meczów w ich życiu. Dlatego na kilka dni przed spotkaniem z Trentino nie było widać zwątpienia a skupienie na kolejnym, ostatnim już zadaniu.

Jakie emocje pan czuł po asie serwisowym Łukasza Kaczmarka na wagę trofeum?

To jest stan nie do opisania. Życzę każdemu, żeby coś takiego przeżył, naprawdę. Jestem szczęśliwy, że będąc tak młodym mogłem doświadczyć radości z tak wielkiego osiągnięcia. Dla mnie osobiście jest to bodziec do dalszej pracy. W trakcie meczu byłem tak skupiony na samym spotkaniu i swoich obowiązkach, że nie odczuwałem, aż tak dużych emocji, jakby się to mogło wydawać. Po ostatnim gwizdku jednak wszystko się skumulowało, przyznam, że tak jak wiele osób, popłakałem się na boisku. Tak jak mówiłem, tych emocji nie da się opisać, to trzeba przeżyć!

Autor: Rafał Kather

Źródło: Informacja własna, fot. zaksa.pl