O życiu w Olsztynie, siatkówce w Islandii i sezonach spędzonych w Jastrzębskim Węglu specjalnie dla naszego portalu opowiada były atakujący Radosław Rybak
Danuta Jurasz: Może rozpocznę wywiad od pytania -co u Ciebie słychać?
Radosław Rybak: U mnie wszystko w porządku. Mieszkam w ciekawym i pięknym kraju, spokojnym, z piękną naturą i szaloną pogodą. To właśnie pogoda tutaj o wszystkim decyduje i rządzi. Normalnie pracuję, poza tym pracuję dla klubu Hamar , którego jestem trenerem oraz wciąż zawodnikiem. Gram z chłopakami w najwyższej lidze. Wiesz, to taki odpowiednik PlusLigi w Polsce, z tym, że kilka poziomów sportowych niżej. Skoro już o tym mowa, to jesteśmy mistrzami Islandii. Dokładnie tydzień temu zdobyliśmy ten tytuł drugi raz z rzędu. Dodam, że przegrywając w sumie w ciągu dwóch sezonów jeden mecz. Można powiedzieć, że to Hamar rozdaje karty w męskiej siatkówce w Islandii.
Czy w Islandii siatkówka to dyscyplina sportowa popularna chociażby w połowie tak jak w Polsce?
Siatkówka nie jest popularna tutaj tak, jak w Polsce. Chociaż, patrząc, jak dużo osób trenuje ją amatorsko i porównując do liczby mieszkańców (ok. 370 tyś mieszkańców w Islandii), to można by zaryzykować stwierdzenie, że jednak sporo osób ją uprawia. Jednak, zdecydowanie football i piłka ręczna tu rządzą.
Cofnijmy się trochę do przeszłości -jak wspominasz okres gry w AZS Olsztyn?
Cały ten sześcioletni okres w Olsztynie, klub, studia i po prostu bajeczne miasteczko studenckie (jestem pewien, że najładniejsze w Polsce), to było coś niesamowitego. Jakby na to nie patrzeć, to było w końcu dorosłe życie poza domem, ciekawy kierunek studiów i poważna siatkówka. To był okres pełen wielu emocji i na pewno nie nudny. Dziś mogę powiedzieć, że chyba najlepszy w życiu, po prostu wyjątkowy pod każdym względem.
A potem pojawiła się propozycja gry w Jastrzębiu…
Dokładnie tak było. Otrzymałem propozycję z Jastrzębia i miałem wielki dylemat, co robić. Ta późniejsza decyzja zaważyła na całym moim życiu. Z jednej strony myślałem o pozostaniu na uczelni i pójściu w karierę naukową. Dostałem propozycję pozostania na uczelni, podpisania umowy na pracę doktorską oraz bycia nauczycielem i wykładowcą oraz w dalszym ciągu grania dla AZS-u. A z drugiej strony stał KS Jastrzębie i granie tylko dla profesjonalnego klubu. Wybrałem Jastrzębie, ale nie była to łatwa decyzja. Weterynaria to ciężki kierunek, który kosztował mnie wiele wyrzeczeń. Trochę byłem już zmęczony po tym 6- letnim okresie, dlatego kierunek jastrzębski wydawał się być mniej szalony i bardziej spokojny. Nie wiem, co by było, gdybym został w Olsztynie, ale być może byłbym dziś naukowcem, jak wielu moich kolegów z roku.
Spodziewałeś się, że w 2004 roku, bez gwiazd w składzie, ze średnim budżetem ligowym, sięgnięcie po tytuł Mistrza Polski?
Kiedy przychodziłem do Jastrzębia, chyba nikt na poważnie nie myślał o złotym medalu. Przynajmniej nie w tamtym sezonie. Uważam, że to była bardzo dobra drużyna, z którą każdy klub musiał się liczyć, ale żeby wywalczyć złoto? To przyszło po kilku latach. W Jastrzębiu byłem dwa lata, następnie wyjechałem do Szczecina na trzy sezony i dopiero po powrocie na Śląsk zdobyliśmy złoto.
Pamiętasz jeszcze tę atmosferę w „Kurniku” na Szerokiej? Niewielka powierzchnia, kibice blisko boiska…
„Kurnik, czyli stara hala na Borynii, był specyficzny. Przyznaję, że to była niezbyt ładna hala, chociaż nieźle się tam trenowało. Ta hala miała swoją historię i niepowtarzalny klimat. Mieliśmy tam wszystko, co potrzeba, no może z pominięciem jednego działającego prysznica na 12 zawodników (śmiech). Po treningu była istna walka o to. Jeśli chodzi o atmosferę i kibiców to czuliśmy to wszystko dosłownie na plecach, Słyszeliśmy niemal wszystkie komentarze z trybun -w tym i te mniej przyjemne. Słyszeliśmy również rozmowy naszych działaczy, którzy jednym razem byli zadowoleni, innym nie- co z kolei często wyraźnie wyrażali gestami (śmiech). Generalnie, na hali podczas meczów było naprawdę „wesoło” i biada temu, który zagrał gorszy mecz (śmiech).
W drużynie mistrzowskiej miałeś okazję grać z Piotrem Gabrychem. Charakterek to on miał, mówiło się też, że to konfliktowy zawodnik…
Piotrek na pewno nie był łatwym chłopakiem (śmiech). Miał swoje spojrzenie na wiele rzeczy w drużynie i poza nią. Miał trochę inny styl życia niż reszta chłopaków. Muszę podkreślić, że miał ogromne umiejętności i talent, bo bez niego nie wygralibyśmy tego złotego medalu.
Co możesz powiedzieć o ówczesnym rozgrywającym, Pawle Chudiku?
Paweł Chudik to megainteligentny facet. To też widać po tym,jak odnalazł się po karierze. Dla mnie, to jeden z najlepszych rozgrywających i kumpli, jakich miałem wtedy. Był bardzo lubiany w drużynie i bardzo koleżeński. Trochę mi się urwał kontakt z nim ostatnio, muszę zadzwonić koniecznie (uśmiech).
Jakim szkoleniowcem był wtedy Igor Prielożny?
W tamtych latach Igor to była nowa myśl siatkarska w Polsce. Wniósł w naszą drużynę i w całą siatkówkę w Polsce masę nowych rzeczy- nowy styl grania, psychologię i taktykę. To było swoiste nowum ,z którym zetknęliśmy się wszyscy po raz pierwszy. Niby ta sama siatkówka, ale po czasie z Nim spędzonym, widziałeś to wszystko już inaczej – pełniej. Lepiej rozumieliśmy siatkówkę, to był przeskok o co najmniej jedną ligę w górę.
Wracając do teraźniejszości, Jastrzębie bardzo długo czekało, by kolejny raz wywalczyć tytuł Mistrza Polski. Ta sztuka udała im się dopiero w ubiegłym sezonie. Śledzisz czasem ich zmagania w lidze i europejskich pucharach?
Oczywiście, śledzę ich zmagania, tak, jak i innych drużyn, ale nie jestem jakimś maniakiem w tym względzie. Sentyment zostaje do byłych drużyn i miejsc, gdzie się spędziło kilka lat lub tym bardziej było mistrzem Polski. Jastrzębie dzisiaj to już nie to samo miejsce, pewnie nie ta atmosfera i drużyna, za to bardziej profesjonalna z konkretnymi wysokimi celami do osiągnięcia.
Abramow, Konstantinow, Samica, Gabrych, Kadziewicz czy Szymański, Łasko i Kubiak, to niektóre z wielkich nazwisk kojarzonych z Jastrzębiem. Mimo takiej klasy zawodników, w Jastrzębiu wywalczono tylko dwa tytuły mistrzowskie. Jak myślisz, z czego to wynika?
Wynika to z tego, że inne kluby też są mocne. Cała siatkówka w Polsce poszła mocno w górę w ostatnich latach. Nie jest już tak prosto zdobyć medal, nawet mając świetnych zawodników. To nie zawsze wystarczy, musi być jeszcze „team spirit” i wszystko wokół, wiele rzeczy musi zadziałać w tym samym czasie.
W związku z poprzednim pytaniem, nasuwa mi się kolejne -jak oceniasz politykę transferową włodarzy klubu z Jastrzębia? Pamiętam, że kiedyś ówczesny prezes Pan Zdzisław Grodecki często wymieniał prawie cały skład…
Nie jestem zwolennikiem wymiany całego składu. Owszem, czasem to może zadziałać, jednak działa dość stresująco na zawodników. Osobiście wolę „przycinanie gałązek” co roku i drobne nasadzenia, niż totalne karczowanie lasu. Dziś psycholodzy pracują nad redukcją stresu u zawodników i pewnością siebie. Wyobraź sobie, że jesteś zawodnikiem, który ma prawo oczywiście zagrać lepszy i gorszy mecz i który czuje, że ten gorszy może przekreślić mu karierę w tym klubie. To nie pomaga, wręcz szkodzi, zawodnicy potrzebują spokoju, zaufania i wyrozumiałości. Dopiero, jak nic nie pomaga powinno się wykonać jakieś ruchy w klubie. Trenowanie i granie w stresie o przyszłość moim zdaniem to porażk. Siatkówka to ich praca, a utrata pracy to nic miłego, chociaż i z tym można sobie poradzić. Mam na myśli tą utratę pracy i wynikający z niej stres, nad tym pracują psycholodzy klubowi. Mecz bardziej powinniśmy traktować jak dobry normalny trening a zmianę klubu jako okazję do czegoś nowego, wcale nie gorszego, a nie jako dramat i życie na ulicy, bo tak często zawodnicy myślą. To po prostu psychologia i nasz umysł.
Z Radosławem Rybakiem rozmawiała Danuta Jurasz
Fot. Polska Times
źródło: informacja własna