Bartosz Krzysiek: Punktem zaczepienia było nasze świetne przyjęcie

PGE GiEK Skra Bełchatów wraca z Lublina z kompletem punktów i jednym z najcenniejszych zwycięstw w tym sezonie. Mistrzowie Polski okazali się bezradni wobec konsekwentnej i zdeterminowanej gry bełchatowian, którzy wygrali 3:1 po emocjonującym, pełnym zwrotów akcji spotkaniu. O sile zespołu, fenomenalnym przyjęciu, taktycznej dyscyplinie i coraz dojrzalszej formie Skry opowiedział w rozmowie z nami atakujący Bartosz Krzysiek.

Zuzanna Żeleźnik: Bartku, bardzo cenne zwycięstwo z mistrzem Polski, i to na jego terenie. Jak smakuje ta wygrana po tak zaciętym spotkaniu?

Bartosz Krzysiek: Serdecznie dziękujemy. Bardzo pragnęliśmy powalczyć o punkty na tym wymagającym terenie i udało nam się zdobyć aż trzy, co nas bardzo cieszy. Tym bardziej że w końcówce meczu emocje rzeczywiście sięgały zenitu.

To był mecz z wieloma zmianami tempa – po dwóch setach wygranych przez Skrę przyszła trzecia partia pod dyktando Lublina. Co pozwoliło Wam wrócić na właściwe tory w czwartej odsłonie?

Tak to prawda, drużyna z Lublina potrzebowała trochę więcej czasu, żeby wskoczyć na swoje obroty. W pewnym momencie jakość ich gry znacząco wzrosła. Finalnie byliśmy w stanie przetrzymać ich napór, sami nie cofając się ani przez chwilę. 

LUK to zespół, który kilka dni wcześniej zdobył Superpuchar Polski. Czy czuliście, że ten mecz może być dla nich trudny mentalnie po tak emocjonalnym tygodniu?

Przed rozpoczęciem meczu mieliśmy zaszczyt osobiście pogratulować drużynie z Lublina zwycięstwa w Superpucharze. Samo trofeum zostało uroczyście wniesione na płytę boiska przez kapitana Marcina Komendę i zaprezentowane publiczności. Była to wspaniała oprawa, która stworzyła niezwykłą atmosferę tego spotkania. Osobiście było to dla mnie ogromne przeżycie móc aktywnie uczestniczyć w takim wydarzeniu. Tym trudniej jest mi wczuć się w sytuację Mistrzów Polski i ocenić ich stan emocjonalny. Z pewnością obciążenie fizyczne i psychiczne było u nich w ostatnim czasie znacznie większe niż u nas. Mimo to, wykazali się determinacją, walczyli i zapewnili niezapomniane widowisko. Już wkrótce czeka ich kolejny trudny mecz w Zawierciu, który również zapowiada się na zaciętą rywalizację.

W czwartym secie gospodarze mieli piłki setowe, ale ostatecznie to Wy cieszyliście się ze zwycięstwa. Co przesądziło o tym, że to Skra utrzymała nerwy na wodzy?

Moim zdaniem takim punktem zaczepienia było nasze świetne przyjęcie. W tym aspekcie bryluje Kamil Szymura. Jest to gracz, który nie tylko ma naturalną smykałkę do przyjęcia, ale jeszcze jedną bardzo ważną cechę. W trakcie meczu nigdy się nie wyłącza. Niezależnie od wyniku i tego, jak gramy, on zawsze dyryguje linią przyjęcia, zarządza przestrzenią, którą mamy pokryć, aby nie było nieproszonych niespodzianek. Kamil swoimi przyjęciami wręcz demonstrował, jak powinno się to robić. Imponował nie tylko swoją obecnością, ale również pewnością wykonania, jaką wykazywał. W kluczowym momencie czwartego seta nasza linia przyjęcia nie tylko nie dała się przełamać przez ich największe bomby, a dostarczyła perfekcyjne dogrania do naszego Geniusza Dystrybucji. To był swoisty Clutch Steal tego meczu. 

W waszej grze bardzo dobrze funkcjonował blok i zagrywka – widać było, że LUK miał kłopot z przyjęciem. Czy właśnie na ten element kładliście największy nacisk przed meczem?

Staramy się rozwijać i utrwalać wszystkie elementy równomiernie, ale rzeczywiście można odnieść wrażenie, że dziś byliśmy nieznacznie lepsi od przeciwnika w tych elementach. Trzeba oddać, że nasz sztab zapewnił nam sporo jakościowych powtórzeń, abyśmy byli dobrze przygotowani. Do tego taktyka przygotowana przez naszą sieć analityczną po raz kolejny się sprawdza i możemy grać naszą dobrą siatkówkę. 

Widać było świetne zrozumienie między rozgrywającym a środkowymi – Lemański i Szalacha punktowali regularnie. Jak z Twojej perspektywy wyglądała współpraca całej drużyny w ofensywie?

Cóż mogę powiedzieć. To, co robi Bartłomiej Lemański, widać gołym okiem i nie ma co się zbytnio nad tym rozwodzić. Trzeba po prostu zaakceptować fakt, że jest, jakby to określili Włosi ,,senza categoria” – całkowicie spoza kategorii. Co do naszego rozgrywającego – Grzegorza Łomacza, nawet jeśli ktoś nie widział meczu, a sam wynik i zdobycze punktowe naszym zespole, to wie, że Grzegorz wykonał świetnie swoje zadanie. Jest to gracz, który swoim zmysłem do dystrybucji przewyższa 99,9% populacji, więc jeśli ma przyjęcie i wszystkie strefy w ataku odpalone i podgrzane, to dzieją się naprawdę fajne rzeczy. 

Lublin to zespół oparty na mocnym ataku Leona i Sasaka, później Malinowskiego. Jak wyglądało przygotowanie pod ich grę? Mieliście konkretny plan, jak ich powstrzymać?

Tak, zawsze dostajemy dokładne wytyczne, jak gra przeciwnik. Przygotowanie było raczej rutynowe, mieliśmy sporo świeżego materiału, z którego nasz sztab przygotował konkretny plan. Szczerze wierzę, że wdrożenie go na boisku przyniosło wymierne korzyści. 

W kilku momentach świetnie reagowaliście na zagrywkę Leona – to często był kluczowy punkt w ich grze. Czy czuliście presję, gdy stawał w polu serwisowym?

Dokładnie tak jak wspomniałem wcześniej. Niezależnie od swojej gry lublinianie potrafią rozpracować przeciwników w końcówce zagrywką. My byliśmy na to gotowi, jednak nie wystarczy być przygotowanym, trzeba mieć bardzo dużo jakości i pewności siebie, żeby kontrolować tę zagrywkę. To nie były przypadki. 

Skra wyglądała dziś bardzo zdeterminowana – można było odnieść wrażenie, że drużyna po prostu „chciała to wygrać” bardziej. Czy to była wewnętrzna mobilizacja po ostatnich tygodniach?

Trener poprosił nas, żebyśmy już od początku wyszli zdeterminowani. Że to pozwoli nam grać naszą dobrą siatkówkę przez cały mecz. Tak też się stało i mogliśmy cieszyć się ze zwycięstwa. 

Wchodzisz z ławki, wspierasz drużynę, budujesz atmosferę. Jak ważna jest w tym zespole rola rezerwowych, którzy potrafią dać impuls, gdy gra się załamuje?

Przy tym kalendarzu będzie niewielu zawodników w całej lidze, którzy zagrają trzy mecze pod rząd równo, na swoim poziomie, czasami będzie to po prostu fizycznie niemożliwe. Warto mieć wtedy szeroką ławkę. Wszyscy dobrze się ze sobą czujemy i w szatni, i na boisku. Nieważne, czy mam dostać trzydzieści piłek w meczu, czy tylko jedną, jestem gotowy, aby dać najlepsze możliwe rozwiązanie, dać to, czego drużyna potrzebuje. 

W poprzednim meczu z ZAKSĄ byłeś bohaterem – dziś drużyna również pokazała charakter. Czy można powiedzieć, że Skra powoli wraca do swojej najlepszej wersji?

To jest bardzo ciekawe pytanie. Dodatkowych smaczków do zwycięstwa nad Mistrzami Polski dodają takie niuanse, jak: 

– drużyna była budowana w oparciu o brazylijską super gwiazdę, a jest w stanie nie tylko przetrwać, ale i wygrywać w okresie rekonwalescencji nie dysponowanego kolegi; 

– nagroda MVP czy miejsce w „szóstce kolejki PlusLigi” nie gwarantuje miejsca w wyjściowym składzie; 

– wieloletni reprezentanci Polski też czasami muszą czekać na ławce rezerwowych na swój moment. 

Pozwala to jeszcze szerzej spojrzeć na to, jak mocna jest to grupa. Wciąż jesteśmy na starcie rozgrywek i chciałbym, abyśmy jak najdłużej grali naszą dobrą siatkówkę. 

Liga jest w tym roku bardzo wyrównana. Jak oceniasz poziom PlusLigi po tych kilku kolejkach?

Są głosy, że więcej topowych graczy odeszło, niż przyszło. Do tego zmniejszenie ilości drużyn sprawia, że liga się wyrównała. Coraz rzadziej o zwycięstwie decydują pojedynczy zawodnicy, a coraz częściej lepsze systemy i możliwość zarządzania obciążeniem. Dla mnie po wielu latach w innych ligach przeskok jest ogromny. Cieszę się, że jestem otoczony tak wspaniałymi ludźmi i mogę rywalizować na najwyższym poziomie – w najlepszej lidze świata.

Na koniec – jeśli miałbyś jednym słowem opisać dzisiejszy mecz Skry w Lublinie, to byłoby to…?

Miodzio 

 

Rozmawiała: Zuzanna Żeleźnik

Źródło: informacja własna, fot. PGE GiEK Skra Bełchatów